– czyli jak to się czasem trafia niecodzienna okazja, by zmienić bieg swojego losu
To był dwudziesty dziewiąty dzień mojej wędrówki z plecakiem przez góry. Zmierzałam na zlot miłośników astronomii, który co roku na wiosnę odbywa się w najciemniejszym miejscu w Bieszczadach. Zima znękała mojego przestrzennego ducha bardziej niż zwykle, dlatego postanowiłam udać się na zlot piechotą.
Szłam ku górze wąwozem. Z obu stron widać było rozległe nieskoszone łąki. Od czasu do czasu mijałam leżące w trawie krowy, z którymi witałam się z szacunkiem. Szłam już pół dnia i dokuczał mi upał. Na łące zauważyłam płaski duży kamień, w sam raz na stół dla mojego drugiego śniadania. Wspięłam się więc na zbocze wąwozu, usiadłam na trawie i rozłożyłam kanapki na kamieniu. Nalałam też herbaty do kubeczka, z piersiówki podlałam dla podniesienia morali cytrynówki ciotki Lili i zdjęłam buciory, skarpetki, a stopy położyłam na chłodnej trawie. Kanapka była zjadliwa, herbata za gorąca, do spoconego ciała kleił się puch z dmuchawców, słońce było wysoko na niebie i zmuszało do mrużenia oczu. Pachniało suchym zielskiem i krowim plackiem. Gdy słońce schowało się za chmurą zobaczyłam kątem oka, że parę kroków ode mnie coś poruszyło się w trawie. Zdenerwowałam się bardzo, gdyż boję się psów pasterskich. Stworzenie podniosło się niespiesznie i mym oczom ukazał się biały kozioł z czarną głową. Czarnym pyskiem spoglądał w moją stronę i żuł źdźbło trawy. W rogi miał wplecione polne kwiaty, a z tyłu wywijał chudy długi ogon. Pomyślałam, że wiejskie dzieci zrobiły mu ładną koronę. Tak więc sobie siedzieliśmy w wysokiej trawie, kozioł i ja, żułyśmy nasze kanapki i patrzyliśmy się na siebie nieruchomo. Mam wstydliwy zwyczaj mówienia do siebie, więc jak pojawia się towarzystwo nie jestem wybredna, i chętnie korzystam z okazji by z kimś porozmawiać.
– Jak tam twoja kanapka – zagaduję do kozła – bo moja kozmiękła. Podejrzewam, że to przez ogórka.
– …
– Możliwe też, że przez pomidorka.
– …
– Dobra dziś pogoda – ciągnę dalej – nie pada, nie urywa głowy, pioruny nie strzelają, gdyby jeszcze tak trochę chłodniej było.
– …
– Coś mało masz dziś do powiedzenia. Może polać ci herbaty z cytrynówką ciotki Lili? – pytam dolewając sobie solidniejszą porcję.
– …
– Tak też myślałam – kwituję rozbawiona.
– Dobra, polej trochę.
Podniosłam głowę znad kubka, ale już zupełnie bez uśmiechu. Kozioł patrzył na mnie nieruchomo jak wcześniej i nadal żuł swoją trawę.
– W ten piekielny upał cytrynówka ciotki Lili źle na mnie działa – skwitowałam do kozła.
– Wręcz przeciwnie. Polej więcej.
Kozioł podszedł do mnie bliżej. Co zrobić. Wlałam uczciwą porcję do pojemnika turystycznego i postawiłam na trawie przed sobą. Kozioł podszedł jeszcze bliżej, wszystko wypił, językiem oblizał brzegi pojemnika, powąchał drugą kanapkę leżącą na kamieniu, ale się nie skusił. Odszedł na parę kroków i nasze spojrzenia spotkały się. Miał kozie poziome źrenice w czerwonych ślepiach, a wzrok był przytomny. To sprawiło, że dreszcz przeszedł mnie po spoconych plecach.
– Co teraz tak milczysz? – spytał rozbawiony.
– …
– Trzeba było mnie nie zagadywać – dodał.
– …
– Co taka nierozmowna – westchnął – lepiej polej sobie jeszcze.
Polałam.
– Daleko masz?
– Idę.. – zawahałam się.
– W Bieszczady, wiem. Taki żarcik z tym pytaniem.
– Jesteś jakiś zaczarowany czy co?
– Nie bardzo. Czary są dla dzieci. A my jesteśmy dorośli, czyż nie?
– Spełniasz życzenia? Małe trzy chociaż?
– A wyglądam na złotą rybkę? – roześmiał się śmiechem, który brzmiał jak turlające się po zboczu kamienie.
– …
– Nie spełniam życzeń. Jeszcze czego. Ale polałaś mi cytrynówki uczciwie, więc zdradzę ci, co stracisz dziś wieczorem.
– Co stracę..? – zapytałam niepewnie.
– Wejdziesz do drewnianej chaty, podejdziesz do baru po piwo i klucz, a w rogu oprzesz kije, z którymi chodzisz. Zostawisz je tam.
– A to dobre! Dzięki. Jeszcze długa droga przede mną. Bardzo ich potrzebuję.
– Nie dziękuj. Nie wiesz, co jest dla ciebie dobre – powiedział zupełnie serio kozioł.
Dziwne to było. Ale przyznam, że długa samotność, upał, zmęczenie i cytrynówka ciotki Lili mają swoją moc. Poskładałam więc rzeczy do plecaka, życzyłam rozmówcy dobrego dnia i poszłam w swoją stronę.
Dotarłam do chaty wraz ze zmrokiem. Podeszłam do baru, odstawiłam kijki w kąt, wzięłam piwo i kluczyk, ale kierowana dziwną intuicją przypomniałam sobie o kijach odstawionych w kąt baru. Schowałam więc kluczyk do kieszeni i wzięłam kije ze sobą na górę.
Następny dzień był pochmurny i wietrzny. Droga biegła wzdłuż górskiego potoku z jednej, i wzdłuż zbocza góry gęsto porośniętej lasem z drugiej strony. Skończyła mi się woda więc podeszłam do potoku uzupełnić zapasy na dalszą drogę. Umyłam też twarz i ręce.
– Widzę, że masz swoje kije – powiedział kozioł.
Stał kilka metrów ode mnie i przyglądał mi się z rozbawieniem, wywijając wesoło ogonem.
– Tak. Nic złego się nie stało.
– Tego nie możesz powiedzieć.
– Czy dziś też chcesz powiedzieć mi, co będzie?
– Jeśli chcesz.
– Opowiadaj – zachęciłam go.
– Za jakiś czas spotkasz na drodze kogoś, kto zakłóci ci podróż, stracisz dużo czasu i nie trafisz tam gdzie planowałaś dotrzeć.
– O dzięki! Dobrze, że mnie ostrzegasz. Dobry jesteś dla mnie.
– Nie wiesz, co jest dla ciebie dobre – powiedział zupełnie poważnie kozioł.
Gdy już wciągnęłam ponownie plecak na plecy i zamierzałam pożegnać kozła, on dodał:
– A nie ciekawi cię, co by się stało, gdybym ci o tym nie powiedział?
– Teraz już tak – rzekłam ze skwaszoną miną.
– Dotarłabyś gdzie indziej – roześmiał się kozioł ze swojego żartu.
– Nie chcę dotrzeć, gdzie indziej.
Jeszcze raz podziękowałam za ostrzeżenie i poszłam w swoją stronę.
Po jakimś czasie zobaczyłam, że przede mną schodzi ze zbocza człowiek i macha do mnie mapą. Zatrzymałam się przed nim. Powiedział, że się zgubił i że nie jest pewny, na którą drogę teraz wyszedł. Pokazałam, gdzie jesteśmy. Roześmiał się na to, podrapał po głowie, poprawił sweter w choinki, zapytał gdzie idę, a gdy powiedziałam, skwitował że tam wcale nie jest dobrze. Powiedział, że ma lepszą propozycję. Wybiera się właśnie do leśniczówki, będą tam grać i śpiewać i żebym koniecznie dołączyła. Po drodze Krzysiek, tak miał na imię, co chwilę wyjmował aparat fotograficzny z plecaka, by robić nim zdjęcie jakiegoś robala lub kwiatka. Zrobił mi też kilka zdjęć mimo protestów. Powiedział, że też lubi gwiazdy, robi im zdjęcia, a nawet organizuje konkursy o kosmosie. To był też mój temat więc szybko nam zleciał czas. Po godzinie zobaczyłam młodych ludzi z gitarami siedzących przed chatą leśniczego. Koniecznie chcieli żebym z nimi została do białego rana. Ale przypomniało mi się, że muszę dotrzeć dziś do celu, a słońce nabrało już czerwonego koloru. Podziękowałam za zaproszenie i ruszyłam szybkim krokiem w swoją stronę. Dotarłam do noclegu o zmroku. Położyłam się szybko spać, bo następnego dnia czekało mnie długie podejście na Babią Górę.
Jeszcze przed świtem usiadłam pod domem na drewnianej ławeczce, by zjeść z kubka zalaną owsiankę. Nie zgadniecie kto usiadł obok mnie.
– Co dziś masz mi do powiedzenia? – zagadnęłam pochłaniając łyżkę parującego jedzenia.
– A co chcesz usłyszeć? – zapytał kozioł.
– Powiedz mi, co się dziś wydarzy.
– Nie powinnaś dziś iść na Babią Górę.
– A co się stanie?
– Stracisz zdrowie.
– Niedobrze – powiedziałam w trwodze.
– Nie wiesz, co jest dla ciebie niedobre – rzekł poważnie kozioł.
– A co się stanie jeśli nie pójdę?
– Nie dotrzesz dziś do celu.
Miałam już serdecznie dość tych dziwnych zagadek. Wstałam z ławki, zarzuciłam plecak i powiedziałam do kozła:
– Będę bardzo ostrożna. Mam kije, będę szła powoli.
Pożegnałam się zwięźle i ruszyłam w swoją stronę.
Dotarłam na szczyt Babiej Góry wcześnie, prócz mnie było jeszcze tylko kilka osób. Zrobiłam parę zdjęć i ruszyłam w dół w stronę schroniska fantazjując o barowych wspaniałościach, które tam czekają. Fantazje te rozproszyły moją uwagę i zamiast postawić kij na ziemi podparłam się przy schodzeniu o kamień, z którego kijek ześlizgnął się z głośnym szurnięciem. Poleciałam na lewy bark, który przy zetknięciu z kamienistym podłożem chrupnął. Obiłam sobie też biodro i kość ogonową. Poleżałam tak chwilę bo ból mnie zamroczył. Na szczęście udało mi się wstać. Bark i siedzenie bolało, ale mogłam chodzić. Zrezygnowałam z lewego kijka i ruszyłam bardzo powoli w stronę schroniska. Przecież nie będę wzywała pomocy, skoro mogę chodzić. Na miejscu w schronisku jest oddział pogotowia górskiego, tam mnie opatrzą. Schodzenie potrwało bardzo długo. Gdy weszłam do schroniska od razu poprosiłam o telefon to gopru, wskazując prawą ręką w stronę lewego boku. Dziewczyna z baru wykonała telefon i po kilku minutach weszło dwóch panów w czerwonych polarach z niebieskim krzyżem w klapie. Zabrali mnie do oddzielnego budynku. Opatrzyli, posmarowali, obandażowali, stwierdzili że to stłuczenie, ale kazali wracać do miasta na prześwietlenie. Wróciłam więc wkurzona do baru, zamówiłam naleśniki, gulasz i słowacką wódkę smakową i usiadłam na jedynym wolnym miejscu przy ławie. Z naprzeciwka obserwował mnie olbrzym z czarną brodą. Zwalisty, zarośnięty i ponury. Zapytał się, co mi się stało. Wódka rozwiązała mi język i opowiedziałam mu całą historię od początku, z kozłem na czele. Gdy skończyłam zamyślił się, rozpromienił i powiedział, że to nie żaden kozioł, ale diabeł Hejdasz. I skwitował, że nic mi nie będzie. Przyniósł jeszcze kilka wódek, rozmowa się rozwinęła, okazało się, że na dole ma auto, którym mogę się jutro nim zabrać do miasta. Oceniłam, że moja wędrówka dobiegła do końca, nie dotrę na zlot miłośników astronomii, i że w takim razie mogę się jeszcze trochę napić. Więc się napiłam. Od tego picia zachciało mi się palić, więc wysępiłam papierosa ze społeczności schroniskowej i wyszłam na zewnątrz.
Była bezchmurna noc i pełnia, więc mimo późnej godziny sporo było widać. Przy drzewie po drugiej stronie polanki stał mój ulubieniec. Podeszłam więc do niego.
– Jak widzisz stało się tak, jak mówiłeś diable. Straciłam zdrowie. I także nie dotrę do celu. Olbrzym ze schroniska podwiezie mnie jutro do miasta.
Białe światło księżyca oświetlało jego czarny pysk.
– Chcesz mi powiedzieć, co będzie dalej? – zapytałam.
– Nie.
– Dlaczego nie? Umrę na skręt kiszek, na azjatycką grypę albo na peugota 308?
– Na pewno nie jutro.
– A co jutro będzie?
– To co ma być.
– Mam jakiś wybór jutro?
– Możesz nie zamawiać żurku. Kiełbasa będzie nieświeża.
– Jutro decyduję tylko o zupie?
– Tak. Jutro tylko zupa – skwitował i roześmiał się.
– I nic nie mogę zrobić? – naciskałam.
– Nic nie możesz zrobić – spojrzał mi tym rozbawionym poprzecznym wzrokiem w oczy, i poszedł w noc do lasu.
A ja wróciłam na salę schroniskową. Impreza się rozkręciła, kilka kieliszków słowackiej więcej, mimo bolącego barku całkiem dobrze się spało. Następnego dnia pojechałam z olbrzymem do miasta. Zawiózł mnie na prześwietlenie, zabrał na domowy obiad, zamówiłam pomidorową, odstawił do domu, wniósł plecak i zapytał się, czy jeżeli zostawi mi numer telefonu, to czy zadzwonię. Bo chciałby wiedzieć, jak się czuję. Powiedziałam, że zadzwonię. A co się wydarzyło dalej? Wydaje wam się, że się domyślacie. Do dziś zastanawiam się, co by było gdybym zostawiła te kijki w górskiej chacie albo została śpiewać z Krzyśkiem w leśniczówce. Byłoby pewnie coś zupełnie innego niż to co jest teraz. To dobrze? Czy to niedobrze?
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Pamięci Krzyśka Zbroszczyka – członka społeczności astrozlotowej, fotografa, twórcy konkursu „Adept”, człowieka zawsze uśmiechniętego, który wybierał bardzo dziwne sweterki.
Opowiadanie nominowane w 2024 r. w „Kryształowych Smokach” – Dni Fantastyki – w konkursie na najlepsze opowiadanie fantastyczne w kat. 16+.