In reality, to experience art is to inhale and exhale society.
Olafur Eliasson
1.
Berlin Ostbahnhof. Wracam tu po raz kolejny, a w myślach przeprowadzam się z Warszawy raz w miesiącu. Odkąd w 2009 roku wsiadłam do Fiata 126p ze skrzypkiem i skrzypcami, kontrabasistą i kontrabasem, jamnikiem i złamanym sercem domagającym się natychmiastowego wysiedlenia z miejsca zamieszkania, by po dniu jazdy wysiąść pierwszy raz u NIEMCÓW, tych, co zburzyli moją Warszawę, wracam jak bumerang. Dla jednych Berlin to
mur odgradzający od kolorowego świata wolności realizowanej w supermarkecie,
który upadł,
dla mnie Friedrichstraße 90, gdzie nakupię na cały rok zbiorów opowiadań, esejów i poezji, czyli tego całego nudziarstwa, którego w kochanej ojczyźnie wydaje się jak na lekarstwo, bo się nie opłaca. Jestem tu także dla ostrego rajdu po galeriach z niezłą sztuką „mięsa”, która do Wawy nie przyjedzie.
2. Ferment
Berlin wschodni od lat wita tak samo. Smrodem podkrzacznych sików, mdłym oparem krojdzbergowskich kadzidełek, wieczornym wszechobecnym aromatem jointa. Brudno. Na ulicach syf, a ściany budynków pomazane i poobklejane plakatami. W bramach bezdomni. Namioty wszelkich wyrzutków poukrywane w krzakach parków, a na mijanym boisku szkolnym strzeżony przez strażników obóz dla azylantów, rzędy baraków, a pod płotem rozwieszone na sznurku pranie. Kroczę letnim sandałem w spódnicy z torebką w scenografii jak z Mad Maxa. Ale w stronę lepszego świata. W artystyczno- syfiarskiej dzielnicy Berlina Kreuzbergu, na ostatnim piętrze kamienicy znajomi zostawili klucze do swojego apartamentu z gigantycznym ogrodem na dachu. Jak w każdej stolicy Europy, studenci, artyści i klasa średnia inteligencka preferuje obślizgłe dzielnice kontrolowanego fermentu (często nie ma wyjścia z powodu niestałych lub uniwersyteckich zarobków), podczas gdy japiszonia i normalsy siedzą w strzeżonych czystych termitowniach w dzielnicach sypialnych, gdzie mogą spokojnie odchować swoje młode, z dala od nieprzyjemnych widoków.
3. Lokatorzy
Znajomi mają lepiej niż inni. Bo znajomi mają swoje. Coś oczywistego nad Wisłą. Masz dach nad głową, bo rodzina dała, masz bo płacisz bankowi albo landlordowi. Squatowanie (zajmowanie pustostanu) w Warszawie jest marginalne, a w świadomości społeczeństwa dotyczy zbuntowanego marginesu, który nie chce dorosnąć. W hierarchii społecznej o jedno oczko wyżej od bezdomnych. Wiadomo bowiem, że jak pojawi się interesant z odpowiednią dokumentacją, to wchodzi policja i wywala towarzystwo. W Berlinie nadal jednak można żyć kilkadziesiąt lat wraz z powiększającą się rodziną w mieszkaniu bez prawa własności i bez umowy najmu. Dobrze, że jeszcze Marek Kosakowski o tym nie wie, bo był zbyt zajęty w Warszawie. U nas za opór wobec wysiedleń lokatorskich możesz spłonąć w tajemniczych okolicznościach niemożliwych do wyjaśnienia jak Joanna D’Arc Brzeska, a w Berlinie prawdopodobnie rozpętałaby się otwarta wojna mieszkańców dzielnicy przeciwko władzom miasta reprezentowanej przez policję. Wojna znaczy wojna, a nie artykuł-skarga do bezpłatnego Głosu Mokotowa i smutne miau-miau w ‚Miasto jest nasze’ i ‚OKO.press’. W Berlinie prawdopodobnie spłonąłby Kosakowski. Tak mówi ulica. Jakoś mnie to nie dziwi, bo istnienie tkanki społecznej czuć w powietrzu mimo, że jestem z zewnątrz. Ta tkanka społeczna to takie niewidoczne coś, co sprawia, że gdy pojawia się problem, który mają też inni, to jest z kim stworzyć wspólną siłę przeciwko ‚aparatowi władzy’. Ta energia oporu, która występuje nad Wisłą okazjonalnie z umiarkowaną siłą nie ma nawet połowy tego żaru, który oglądamy w telewizji z relacji wkurzonych Francuzów czy Niemców. Polakom nie brakuje ognia. Kultura „se sobie sam” nakrywa go czapką.
4. Ulica
W Berlinie jest jak w Warszawie tyle, że inaczej. Taki Zbawix tylko, że wszędzie. I na luzie, bo wszyscy sobie już dawno wszystko udowodnili. Przystanki autobusowe są tak częste, że na jeden warszawski odcinek przystankowy przypadają berlińskie trzy. Autobusy, samochody i mnóstwo rowerów snują się po ulicach w tempie spacerowym. Aplikacja zarejestrowała dla autobusu średnią prędkość przejazdu w ruchu 23 km/h. Nie mogłam uwierzyć, jak zrelaksowani są rowerzyści, którzy nie mają w swojej postawie nic z napięcia i walki o przeżycie typowej dla Warszawskiego Prawa Silniejszego. Patrzyłam, jak autobus grzecznie czeka, aż zrelaksowany rowerzysta przed nim wyciapcia się z jego miejsca postoju. U nas byłaby trąba jerychońska + „ty chxjx”. Tu sobie kierowca czeka te kilka sekund i korona z głowy mu nie spada. Samochody też suną powoli, jakby wszyscy byli spalonym Bobem Marleyem. Z kolei warszawska kultura wrogiego rajdu czołgiem w lizingu na pełnym wxuxwie przypomina mi scenę z filmu Kusturicy: cygan z cygarem między złotymi zębami jeździ własnym domem-wehikułem na pełnym gazie, a za nim biegną petenci. Gdy jeżdżę po mieście mam wrażenie, że w Warszawiakach płynie sam kortyzol. Ale nie wyrażają tego w jednoczących protestach, ale samotnie za kółkiem czołgu.
5. Mój stosunek ze sztu.sztuką – Le bonheur, désespérément !
Sztuka nie jest dla mnie „interesująca”. To gamechanger. I odbieranie jej jednym okiem przy budżetowym winie wśród snujących się znajomych artysty uważam za geriatryczną rozrywkę towarzyską. Wernisaże są tak przeraźliwie nudne i nadęte, że aż trudno uwierzyć, że tak drętwą imprezę organizują specjaliści od „branży kreatywnej”. Sami artyści wydają się tego nie dostrzegać. Prawdopodobnie są zbyt spięci i przejęci dniem, w którym po latach zmagań i wyrzeczeń doczekują się dwóch godzin chwały. Podczas tych godzin znajomi raczej nie przeczytają opisu na ścianie „w obecnych czasach artysta działa na polu…”, na wprowadzeniu kuratorskim „Zygfryd to osoba autystyczna, pardon, artystyczna, tak wyjątkowy, że aż palce lizać… ” zacisną pośladki, żeby utrzymać dostojny pion, i wreszcie mowa dziękczynna gwiazdy wieczoru, który nie wprawił się w sztukach oratorskich i scenicznych (inaczej byliby w teatrze), więc zażenowani przyjaciele dobrotliwie chichoczą czekając, aż ikar wieczoru skończy męczyć siebie i innych. Zaprawdę straszny to los. I dlatego też życzę każdemu artyście przynajmniej bogatego i kochającego partnera i/lub majętnych rodziców. Bueno.
Ale ci artyści przez wielkie „A” to wraz z uczonymi przez wielkie „U” uzasadnienie dla istnienia ludzkości i bez wątpienia certyfikat jej wartości. Szymborska pisze w wierszu, że póki kobieta na obrazie Vermeera przelewa mleko z dzbana do miski to „nie zasługuje świat na koniec świata”. Póki Brine Cox przypomina z błyskiem w oku, że jesteśmy jedyną planetą, na której jest świadomość, i jesteśmy jej świadomi, to warto jeszcze raz rozważyć sens unicestwienia się z powodu zazdrosnej lub lękliwej niechęci do sąsiada, czy zaniedbania własnego ziemskiego ogródka. Umiłowanie piękna/prawdy i świadomość świadomości to arcyczłowiecza najwyższa cnota.
Więc niczym Tajemniczy Don Pedro Karamba, Scobeedu czy inna postać śledząco-tropiąca żądałam od Berlina by było pięknie! Albo niech ktoś mi wreszcie wytłumaczy, czemu otaczający świat stał się tak potwornie mdły. Żądam zbawienia za życia – Le bonheur, désespérément!
6. Cztery dni rajdu w poszukiwaniu piękna i prawdy, czyli 80 km w nogach
No dobra. Lepiej kup se bilet.
C/O Berlin
ze zdjęciami Tylera Mitchella. Rozglądam się, czy da się wynieść cztery prace, ale łazi ochrona, więc w księgarni gnębię młodzieńca o plakaty z tymi pracami. Najn, niśt. Robię więc zdjęcia zdjęć. Tyler M. jest piękny. Nie mogę oderwać wzroku, a moja skórka reaguje gorącem. Why? Z tego samego powodu, co się ożeniłeś z pierwszą żoną. To było mocne i bez sensu, i jakiś nieświadomy namiętny mrok temu towarzyszył. Miałeś dwadzieścia siedem lat, ona się ciągle śmiała, oślepiało cię letnie słońce nad jeziorem, oblepiała tłusta nivea, byli przyjaciele, a w ustach mdły smak sofi i czesterów, wszystko było ostateczne i wieczne. Takie te zdjęcia właśnie są. Słoną spoconą nasłonecznioną skórą mocno naciągniętą na mięśnie i kości.
W Noje, czyli Neue Nationalgalerie Richter, Warhol i stały, Sammlungowy zestaw szczęścia z czołowymi nazwiskami 1945-2000. Warhol gwiazdą, oczywiście. Jeżeli ktoś przyszedł na tę wystawę by pouśmiechać się do uśmiechniętych czterech lub szesnastu Marylin Monroe to się zestresuje. Poza klasycznym Elvisem Presleyem i okładką **The Rolling Stones** z obcisłymi spodniami na okazałym oprzyrządowaniu, będą na niego czekały wielkie kutaxy wycelowane w nadstawione tyłki. Warhol z jakiegoś powodu uznał, że to piękne i/lub konceptualnie istotne. Wyginam się mentalnie we wszystkie strony by zaklasyfikować ten rodzaj sztuki. Nie jest dla mnie obojętne (bo wywołuje grymas obrzydzenia), ani piękne (bo wywołuje grymas obrzydzenia), ani konceptualnie ciekawe (bo nie wiem, po co to jest). Gdy tak walczę o zrozumienie gwiazdy pop-artu,
z figlarnym chichotem dopada mnie w holu Mroczny Rycerz
i zwierza się, że przyuważył grupkę emerytów z balkonikami, jak wchodzą na wystawę. Czaił się, żeby zrobić im zdjęcie jak docierają do sali z kutaxami wycelowanymi w tyłki, ale przemieszczali się tak wolno z tymi balkonikami, że nie wytrzymał napięcia i zrezygnował. Jego radość i ekscytacja potencjalnie oburzonym dinozaurem skłoniła mnie na nowo do kontemplacji. Czy staruszki będą wstrząśnięte? A może właśnie te dinozaury dorastały w środowisku artystycznym Warhola i zakręci im się łezka rozczulenia nad radościami młodości? A może pamiętają, czym było tworzenie jawnie gejowskiej sztuki w latach 60’ i 70’, w czasach, w których „na zachodzie” jeszcze straszyło się gejami? Może. Ja jednak nie podzielam tego entuzjazmu. Fallusy w formie sztuki cieszą mnie, ale w przejawach sztuki pierwotnej, która totemicznie wyrysowana na śniegu na maskach aut pojawia się, o zgrozo, coraz rzadziej. Upatruję w tym słabnącego erosa społeczeństwa i ocieplenie klimatu.
Fotografiska Berlin
to komercyjna świątynia fotografii. Jak ja lubię, gdy sztuka jest częścią codzienności i jestem wciąż zdziwiona, że
wszelkie dzieła zamknięte są w biletowanych więzieniach.
Pierwsze piętro to wystawa wideo o marzeniach sztucznej inteligencji. Po co? Przecież AI nie ma marzeń tylko jest wyplutą papką ze średniej on-line ludzkości. Ale obejrzałam, żeby zobaczyć średnią wyciągniętą ze średniej. Taki film Barbie. Miękkie kontury zalane różem. Może się podobać jak guma balonowa o smaku gumy balonowej. Drugie piętro to też wystawa wideo, ale tym razem człowiek. Joanna Dudley I jej
WE WILL SLAM YOU WITH OUR WINGS, you stupid fucks- (przyp.autorki).
Na prostokątnych ekranach sześć dziewczynek w wieku 8-16 lat manifestuje swoją siłę i autonomię w towarzystwie wspierającej torreador, dojrzałej kobiety, która wyprowadza je w świat, daje siłę do rozkwitu, by w końcu sczeznąć zostawiając mała armię silnych panienek, które będą kobietami, które uśmiechają się do innych i do siebie T.Y.M. uśmiechem (spokój+pogoda+siła). Nienawidzę tego słowa w rozciągniętym dresie charakterystycznym dla sojowego Mokotowa, ale tu pasuje. Jakie to było DZIEWCZYŃSKIE. I nikt tego nie zrozumie, jeśli nie był kiedyś dziewczynką w wieku między światem dziecięcym pełnym siły, autonomii i nieliczenia się z nikim, a dwudziestoletnią płochą panienką z okienka uszczypniętą nie raz w tyłek w autobusie. Pierwotną moc ogranicza dziewczynkom każda treść promująca ideę,
jakoby nadrzędnym celem kobiety jest zrobienie wszystkiego, żeby podobać się innym. Dlatego małe dziewczynki potrzebują swoich „Torreador”, które zadbają o to, by mogły rosnąć prosto ku słońcu. Bo mimo licznych praw zrównanych mam wrażanie, że w temacie uwolnienia kobiet od obsesji na punkcie wyglądu i podobania się innym nie ma postępu. Jest regres. I zrobiły to media i internety poprzez instagramy, fansy i inne kanały promujące fake face, fake life i fake style przemycając sprzedaż wizerunku, prywatności i ciała jako „opcję” dla każej dziewczynki. Ohyda. Jak dobrze, że nie mam córki.
Ale wystawa jest o tym, jak niesamowicie to wygląda, jeśli ta pierwotna siła dziewczynek nie zostanie ograniczona i wewnętrzny kompas nie ulegnie uszkodzeniu. AAAAartystka zadaje pytanie:
„Jak wiele zależy od tego, co ci zostało powiedziane, że jest możliwe? Co trzeba zrobić, aby się uwolnić i podążyć własną drogą?”.
Gdzieś umknęła mi odpowiedź, bo realizacja była tak atrakcyjna wizualnie, i na takim poziomie symboliki, że pracę domową z analizą odrabiam po czasie. Ale odpowiedź owszem, tak, dziękuję Joanno Dudley.
Hamburger Bahnhof – smacznego!
W hangarze Hamburger Bahnhof mają dużo miejsca i okropne powietrze. Ale co tam trafię, to zawsze jest super. Tym razem to Marianna Simnett wbiła w ziemię instalacją wideo „Winner”. Wywlekła chorobę z nieświadomości zbiorowej i elegancko opakowała. Profetyczka władająca piękną formą.
Trwoga, ciarki i obrzydzenie, krzywiłam się i marszczyłam jak Willem Dafoe w filmie Biedne istoty. Na początku nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, a tym bardziej, o czym dokładnie jest ta historia. Bo przecież nie o wandalizującej młodzieży i piłce nożnej. Minęło sporo czasu i teraz już wiem. Marianna Simnett nakręciła krwawą rywalizację na boisku motywowaną samą przyjemnością płynącą z przemocy jaką jest walka o dominację. Po zejściu z boiska i wygranej, ludzie-zwierzęta rozkoszują się! dalszym zniszczeniem, a to zniszczenie daje im poczucie mocy i kontroli nad otoczeniem. Obiekt nie jest ważny, demolka dosięga tego, co akurat się nawinie.
Gniew w całości kwestionuje teraźniejszość. (…) Gniew ma potencjał, który jest w stanie przerwać jakiś stan i zapoczątkować nowy. (…) gniew nie odnosi się do jakiegoś pojedynczego stanu rzeczy. Neguje całość.
Byung-Chul Han
Demolka bierze się z gniewu. Gniew to ogień. A ogień ma moc niszczenia, a tym samym zrobienia miejsca na nowe.
Znam ten ogień.
Podpaliłabym nim rosnące statystyki depresji, samobójstw, chorób cywilizacyjnych, uzależnienie od leków przeciwbólowych, problem dzieci chodzących masowo na terapię by spowiadać się z kilkunastu przeżytych lat i potem garściami faszerować się (często z rodzicami) antydepresantami. Zmłotkowałabym wszystkie telefony i elektroświecidła w rękach istot poniżej 16 roku życia. A także przyczynę ziejącej nudy i beznadziei, która maluje się na ich wylęgających się pryszcztych buziach.
Jak długo będziemy rżnęli głupa, że depresja/terapia/tabletki to jest problem indywidulany a nie społeczny? Przecież to wszystko, to nic innego jak gniew skierowany przeciwko sobie. Jest to fatalnie zaadresowany gniew. I nic się nie zmieni dopóki każdy z osobna i wszyscy razem nie zrozumiemy, że choroba, która nęka współczesne cywilizacje jest problemem całej kultury a nie jednostki. A „potwór” jest jak morowe powietrze. Niewidoczny. Wstydliwy. I milusi.
Ogólne rozkojarzenie, jakie charakteryzuje dzisiejsze społeczeństwo, nie pozwala jednak rozbudzić potęgi i energii gniewu.
Byung-Chul Han
Milusi bo potworem teraz są dopaminowe bustery nastroju. Nowe narko, ale tym razem na niespotukaną skalę i dla każdego już od kołyski – filmiki online, muzyka online, zakupy online, (anty)społecznościówki z lajkami, newsy. Profile-ołtarze sprawiły dodatkowo, że człowiek stał się tak ekstremalnie wsobny, że pożera sam siebie jak nigdy w historii. Źródłem jego cierpienia jest autoknibalizm. Haj dopaminowy, w który uciekamy od dyskomfortu pozwolił dorobić się najbogatszym ludziom na ziemi setek miliardów $. To oni dostarczyli platformy do aplikowania połowie ludzkości strzału z dopaminy, co okazało się być więcej warte niż wydobycie złota, stali czy ropy.
I dlatego oglądam ten piękny film o wandalach jak jakiś stary film z lat 80′, kiedy to ludzie jeszcze stawiali opór. Jeszcze wogóle przyszło im to do głowy. Te czasy odchodzą w niepamięć razem z nakładkami na zdjęcie profilowe „przeciwko kotom z Ugandy”, „całym sercem za psami z Alaski”, „popieram rybki Amazonki”.
Hej no, Urkus, może teraz coś miłego?
W opozycji do zniszczenia na piętrze, na parterze Hamburgera Alexandra Pirici inscenizuje swoją wizję szczęścia pt. „Attune”. Wielka góra piasku, z której szczytu śpiewają performerzy, w jednoczącym widzów i słychów transie. Trochę jak śpiew przy ognisku na Mazurach, trochę jak joginisyczne mantry, trochę jak złapmy się za ręce w kręgu mocy uzdrawiania światłem kosmicznym i energią kamieni. Bardzo to przyjemne i kojące, a
z tej góry piasku użytek miałby niejeden kot. Te łagodne śpiewy obiecują mi, że jeszcze wszystko może być pięknie. Że człowiek naturalnie chce harmonii, dobra i zgody. I jeśli cywilizacja, której poziom definiują zdobycze technologiczne takie jak dotykowy ekran w aucie upadnie, to w najgorszym razie wrócimy do palenia ognista w jaskini. Wtedy samiec przestanie kręcić się wokół własnej osi i utożsamiać z kobietami, i ruszy ze świeżym entuzjazmem za „mamutem”. Samica przestanie kroić się, naciągać, pompować i wystawiać na mięsnych półkach randkowych. Zrelaksowana, rozwalona na skórze jakiegoś dogonionego biedaka niespiesznie ugotuje smaczne jedzenie na palenisku dla rodziny. Ta monotonia pierwotnego świata pełnego bodźców zmysłowych tak uspokoi i wyciszy skołatane rywalizacją, hałasem i pośpiechem nerwy, że znowu kobiety i mężczyźni będą chcieli się chędożyć i nie będą mieli z tym problemu. A więc więcej piasku i śpiewu i wszystko znowu będzie dobrze. Tak uważa Alexandra Pirici. Chyba. Ale mogę się mylić.
7. To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść
Po wielkim tangu po galeriach odnoszę wrażenie, że na tych ostatnich 3 minutach przed końcem świata (człowieka) oddano głos wszystkim dotychczas pomijanym, którzy domagają się zauważenia i zadośćuczynienia za doznane krzywdy. Kobiety za pomijanie, czarni za nękanie, geje za cenzurowanie. Przypomina to ostatni taniec na weselu, kiedy już nikt nie patrzy, bo wszyscy skonali w pijaństwie.
8. Warszawa czy Berlin, gdzie żyć premierze?
Gdyby miasto było osobą, to Warszawa byłaby wypielęgnowaną panienką, która bardzo przejmuje się, jak wygląda i co inni o niej powiedzą. Jest samodzielna, nerwowa, szczupła i ładna. Ale wieczorami tnie się po brzuchu. Berlin to wciąż twórczy zbuntowany zgniłek bez porządku w papierach. Pasożytuje na socjalu, nie myje się codziennie – co czuć, ale jego prace wszyscy chcieliby mieć w domu. Jest też gwiazdą na każdej imprezie.
Morału nie będzie.





