W niebie z diabłem

Dodane

– Made in

To było w lutym. Kilkadziesiąt win i rumów temu, kilka cygar temu, jedną pracę temu, jeden wrak auta i serca temu, w sumie…nie tak dawno. Ruszyłam bladym świtem na pociąg do Pszczyny, potem busem do Bielska-Białej, kolejką linową na Szyndzielnię, na nogach pod scenę na Bielską Zadymkę Jazzową. Zaraz pojawi się Jemen Blues. Jestem tu dla nich tuż pod sceną, jak nastoletnia piszcząca grupie. Ale staram się wyglądać groźnie.

Na scenę wychodzi facet, który z powodzeniem mógłby grać Wolanda w Mistrzu i Małgorzacie. Strzeliste chude ciało, ciemny, brodaty, dziwnie ubrany i jeszcze te buty na ogromnych koturnach. Gdy tak śpiewa, trzęsie się, pełza, zawodzi i robi to tak, że nie widziałam TAKIEJ energii wcześniej, a siedząca w pierwszym rzędzie Anna Maria J z przechyloną głową na bok i ręką pod brodą analizuje jak samiec dziki i wściekły trzęsie swoim ciałem w butach na czerwonych koturnach, myślę tylko o tym, dlaczego jeszcze nie było mnie w Izraelu i na Bliskim Wschodzie. Bo jeżeli oni tak na co dzień, to ja poproszę.

Po koncercie tłum znika i zostaję z paroma osobami na sali. Nagle przed oczami objawia się Woland z Mistrza i Małgorzaty i pytała się, jak się mam. Nie cierpię tego pytania, bo zwykle się mam dobrze i niedobrze jednocześnie. Jak kot Schrödingera. Ale coś tam odpowiadam i wbijam wzrok w jego węgle rozpalone przez jemeńskich rodziców. O czym tu mówić. Widzę, że goreje jak krzak na pustyni
i że jest okropnie zmęczony. Rozmawiamy o bzdurach. W pewnym momencie robię gwałtowny zwrot akcji i mówię mu o pisarzu o polskich korzeniach, Isaacu Singerze, który napisał książkę pod tytułem Meszuge /co w wolnym tłumaczeniu znaczy szalony/. I mówię mu, że jak zobaczyłam jego taniec na scenie, to dokładnie to słowo przyszło mi do głowy. Uśmiecha się i poprawia moją wymowę, „meshuga” I mówi:

Podchodzi do nas jakaś starsza pani w stylu ciotki wymuszycielki, która obejmuje go bez pytania ramieniem i po polsku prosi o zdjęcie. On z zagubionymi oczami prosi mnie, żebym jej powiedziała, żeby nie obejmowała go, bo to jest tak, jakby ktoś ściskał jego serce. Mówię jej to, a ona odchodzi napuszona. Pytam się więc, jak w jego języku mówi się na chaos, a on, że „balagan”. Ja na to, że w moim języku mówi się bałagan. Jest zachwycony. Nieoczekiwanie pokazuje mi w geście, że chciałby mnie przytulić. Nie wiem dlaczego, ale mu pozwalam. Jest miękki i pachnie słodko, ale nie wiem czym, bo to zapach z innego świata. Ja śmierdzę tym. Sfermentowaną samicą, kacem gigantem i Polskimi Kolejami Państwowymi. Przez chwilę się tego wstydzę, ale w jego dotyku jest coś takiego, że czuję, że to nie jest żaden problem. To nie jest dotyk ani energia, którą znam. Ona nie jest z mojego kontynentu. Długo jeszcze patrzymy sobie w oczy bez słów. Podobają mi się te rozpalone węgle, widzę w nich samum — gwałtowny, gorący i suchy wiatr pustynny. I witalny chaos.


Tak więc tak. To mój pierwszy dzień solo zimą w górach. Śpię w schronisku, rozmawiam z nieznajomymi, patrzę z góry na dachy domów miasta Bielska, jestem tu na górze, codzienność jest tam na dole i żyje swoimi sprawami. Zastanawiam się nad boską perspektywą. Nie dziwię się, czemu bóg z filmów patrzący z chmurki ma taki duży dystans do tego, co dzieje się na dole. I pozwala na nieszczęścia i kataklizmy. Nie słychać. Przede wszystkim słów. Bardzo podoba mi się tutaj to życie na górze. I nie chce mi się schodzić na dół. Jeżeli już zejdę, to tylko po to, by sprawdzić, czy na pustyni jest więcej ludzi, którzy tańczą tak, jak on.

Made in UK

wydaje mi się to nieprawdopodobne

Tagi